14 sierpnia w Sejmie przegłosowano projekt wnoszący podwyżki wynagrodzeń dla m.in. posłów, ministrów, wojewodów, prezydenta - a także wprowadzający wynagrodzenie dla jego żony. Szybko rozbrzmiały głosy słusznego oburzenia. W odpowiedzi, zwolennicy wprowadzonej zmiany zaczęli bronić tej inicjatywy. Powtarzają się tutaj dwa argumenty, które są absurdalne i nieprzemyślane - i najprawdopodobniej rzucane są tylko po to by istniało jakiekolwiek uzasadnienie, tworzące wrażenie, że politycy myślą o czymś więcej, niż tylko własnym portfelu.
::news{"type":"see-also","item":"21085"}
Pierwszy argument to rzekomo antykorupcyjny charakter wzrostu wynagrodzeń - i stosowany on jest również w stosunku do sędziów. Według osób posługujących się tym argumentem, jeżeli ktoś zarabia więcej, to nie ma powodów by brać łapówki. W rzeczywistości, prokorupcyjnie mogą działać tylko skrajnie małe zarobki - które będą powodowały, że branie łapówek bywa koniecznością, by np. utrzymać rodzinę. Posłowie, czy ministrowie nie zarabiali jednak do tej pory aż tak mało. Nie było więc stanu prokorupcyjnego - zaś obecnie występująca wśród nich korupcja może wynikać tylko z chęci posiadania jeszcze większych pieniędzy. W takim wypadku zwiększenie wynagrodzeń niczego nie zmieni, bo człowiek skłonny do korupcji dalej będzie jej ulegał. Łapówkę więc weźmie w takim przypadku zarówno poseł zarabiający mniej, jak i zarabiający więcej - bo zawsze to będą jakieś dodatkowe pieniądze.
Zwiększenie wynagrodzeń oznacza za to zwiększenie motywacji, by do polskiej polityki garnęli się ludzie niekompetentni, bezideowi, nieuczciwi - a idący tam tylko dla pieniędzy. Tych jest tam dostatecznie dużo - a podniesienie wynagrodzeń dodatkowo skłaniać będzie partyjne grupy towarzyskie, do obsadzania swoimi najbliższymi znajomymi - list wyborczych i objętych zmianami stanowisk publicznych. Podobne zjawisko uwidocznia się choćby w ostatnich latach w Platformie Obywatelskiej - gdzie w związku z klęskami wyborczymi, zmalała ilość mandatów (parlamentarnych i samorządowych) dla polityków tej partii. Taki mandat stał się tam bardziej cenny - a to powoduje, że na listach wyborczych za wszelką cenę wstawia się bliskich znajomych, czy nawet członków rodziny - czego przykładem może być choćby sprawa zastąpienia żoną Borysa Budki - innego kandydata do rady miejskiej w Gliwicach.
Drugi absurdalny argument broniący zwiększenia uposażeń, to powoływanie się na zarobki na tożsamych stanowiskach za granicą, np. w Niemczech. To prawda, że posłowie, czy ministrowie zarabiają tam lepiej. Tyle, że tam każdy obywatel zarabia więcej. Mniejsze są też różnego rodzaju państwowe obciążenia - np. wyższa jest kwota wolna od podatku.
Zapłata jest adekwatna do pracy. Tam politycy działają sprawnie - zapewniając obywatelom stan, w którym ludziom żyje się dostatnio. Zasługują więc na takie zarobki. Przykładowo płaca minimalna w Niemczech wynosi około 6814 zł. W Polsce minimalne wynagrodzenie to 2600 zł, przy czym brać należy pod uwagę rosnącą inflację oraz fakt, że tutaj płaca przeciętna ociera się o minimalną. Dlaczego politycy mają zarabiać "jak zagranicą" - skoro nie robią nic, aby każdemu Polakowi żyło się też jak w zachodnich krajach Europy? A dowodem na to, że nic nie robią w tej kwestii jest sam fakt, że w czasie kryzysu - kiedy ludzie tracą pracę, mają obniżane pensje, czy mają trudności z prowadzeniem działalności gospodarczej - tak ważnym problemem stało się nie skuteczne zaradzenie problemom, ale wzrost wynagrodzeń posłów itp.
To co proponują zwolennicy wzrostu uposażeń, to nie upodabnianie Polski do państw zachodnich Unii Europejskiej - jak sami utrzymują - ale upodabnianie do Rosji, gdzie ludzie u władzy się bogacą, gdy społeczeństwo ma się zadowalać biedą. Szczególnie teraz - gdy wielu polityków opozycji tak chętnie wyciera sobie gęby demokracją, warto więc przypomnieć, że w demokracji najważniejszy jest obywatel - a politycy u władzy, są po to by zapewniać obywatelom dogodne oraz równe warunki do życia i rozwoju. Wszystkim - nie tylko sobie. Dopóki więc Polacy nie mają tak wysoki zarobków jak w zachodniej UE, dopóki muszą zmagać się z problemami z którymi tamte państwa radzą sobie znacznie lepiej - wszelkie roszczenia polityków do większych uposażeń, będą wyrazem roszczeniowego egoizmu, bezczelności i oderwania od rzeczywistości.
