- Muzeum to więcej niż instytucja
– z Ireneuszem Markaniczem, odchodzącym dyrektorem Muzeum Regionalnego, rozmawiamy o minionych dziesięciu latach, pasji historycznej i planach na przyszłość.
Wróćmy do samych początków. Pamięta pan moment, w którym jako nowy dyrektor po raz pierwszy przekroczył progi muzeum?
Był rok 2015 i w mieście wydarzyła się dość nietypowa sytuacja. Rozpisano konkurs na dyrektora muzeum, ale nie wpłynęło ani jedno zgłoszenie. Dowiedziałem się o tym podczas rozmowy z burmistrzem Douglasem i pół żartem, pół serio wspomniałem, że może sam spróbuję. Początkowo burmistrz nie był przekonany – kojarzył mnie raczej z dziennikarstwem i nie widział we mnie kandydata z konkretną wizją dla tej instytucji. Minęły jednak dwa tygodnie i otrzymałem telefon z zaproszeniem do jej przedstawienia. Widocznie wypadłem przekonująco, bo zostałem powołany na stanowisko – nie w drodze konkursu, lecz decyzją władz.
Jakim miejscem było muzeum w 2015 roku?
Problemem szczecineckiego muzeum zawsze była lokalizacja. Bo chociaż obiekt przy ulicy 1 Maja znajduje się w ścisłym centrum, to jednak nikt nie przechodzi tam podczas spacerów, nikt spontanicznie nie zagląda. Aby odwiedzić Muzeum Regionalne w Szczecinku, trzeba podjąć intencjonalne działanie. Pod tym względem korzystniejsza była wieża św. Mikołaja, a jeszcze lepszy byłby nasz zamek. Byłem i do dziś jestem orędownikiem pomysłu, że to właśnie w najstarszej części zamku powinny znaleźć się artefakty historyczne. Hotel czy sale konferencyjne mogą funkcjonować gdziekolwiek, natomiast historia regionu ma swoje naturalne miejsce właśnie tam.
Na pewno, rozpoczynając pracę, miał pan pewną wizję rozwoju. Na ile te wstępne założenia udało się zrealizować?
Wizją, która towarzyszyła mi od początku, było to, żeby wszyscy mieszkańcy Szczecinka, a nawet całego regionu, zrozumieli, że to jest ich muzeum i że oni w tym wszystkim są najważniejsi. Że muzeum to instytucja miejska, utrzymywana z podatków, więc warto się nią interesować, odwiedzać i przedstawiać swoje opinie. Takiej filozofii byłem konsekwentnie wierny od początku do końca i zauważyłem, że liczba odwiedzających szybko zaczęła wzrastać. Stawiałem także na różne kanały promocji. Starałem się dotrzeć do mediów, rozklejać plakaty promujące wernisaże, przez pewien czas wysyłaliśmy też imienne zaproszenia do różnych instytucji, jednak szybko okazało się to zbyt kosztowne. Nie było też czegoś, co powinno znaleźć się przy każdej wystawie czasowej, czyli katalogów wystaw. To taki rodzaj publikacji, który szczegółowo dokumentuje prezentowane eksponaty, zawiera reprodukcje dzieł, noty biograficzne twórców, eseje kuratorskie oraz opisy merytoryczne, stanowiąc trwałą pamiątkę i źródło wiedzy o wydarzeniu. Niestety i na to nigdy nie starczało budżetu. Wolałem każdą złotówkę inwestować w nowe artefakty. Na szczęście, mimo mizerii finansowej, te często przychodziły do nas zupełnie bezpłatnie, wprost od mieszkańców. Największy hit wydarzył się (uwaga!) dwa tygodnie po tym, kiedy zacząłem pracować w muzeum. Dwaj wędkarze, Adam Dymiński i Robert Sawicki, szukając robaków na przynętę w okolicach Szczecinka, natrafili na srebrne monety. Okazało się, że to dirhamy pochodzące z IX wieku n.e. i zostały wybite na terenach położonych daleko na wschodzie, w tym w Samarkandzie (dzisiejszy Uzbekistan). Co ważne, tym sposobem Muzeum Regionalne w Szczecinku weszło w posiadanie największego zbioru monet arabskich, jaki do tej pory pozyskano na Pomorzu.
Czyli możemy zaryzykować, że wizja spełniła się w pięćdziesięciu procentach?
Ja chyba nie zakładałbym takiej docelowej liczby. Mam nadzieję natomiast, że udało mi się otworzyć nieco głowy mieszkańców na fakt, że są Pomorzanami, że zamieszkują region o złożonej historii, gdzie osiemdziesiąt lat polskości przeplata się ze spuścizną niemiecką, gryficką i słowiańską. Moim zdaniem trzeba szanować każdą przeszłość i być wdzięcznym wszystkim tym, którzy tu mieszkali.
Na przestrzeni dziesięciu lat w muzeum zrealizowano ogromną liczbę wystaw i odczytów. Czy jest wśród nich jakaś szczególnie panu bliska?
To bardzo trudne pytanie, bo każda wystawa to wynik zbiorowego wysiłku, godziny spędzone na planowaniu, transporcie, aranżacji. To pomysły, dyskusje, refleksje. To takie nasze muzealne dzieci. Jeśli jednak muszę wybrać, to były takie dwie. Pierwsza z nich z września 2022 roku „Pomorzanie” – mój autorski pomysł zrealizowany przy współpracy z wieloma ośrodkami, a ukazujący portrety Pomorzan na przestrzeni dziejów. Do dziś z uśmiechem wspominam, jakie cuda odkryłem, przeglądając magazyny Muzeum Narodowego w Szczecinie… a za najciekawsze pośród nich uważam portrety niedoskonałe, stworzone na prywatne zamówienie ręką tak zwanych partaczy! Druga wystawa – niestety z zupełnie niewykorzystanym potencjałem – przyjechała do nas z Bydgoszczy i prezentowała obrazy Leona Wyczółkowskiego. Pech chciał, że wernisaż wypadł tuż przed drugą falą restrykcji pandemicznych i nie bardzo można było cokolwiek na to poradzić. A Wyczółkowski – zapewniam – to artysta światowy, którego prace charakteryzuje ogromna różnorodność, ewoluująca od realizmu po symbolizm, pełna światła, migotliwych refleksów i intensywnych kolorów.
A która propozycja okazała się największym, pozytywnym zaskoczeniem?
Olbrzymie zaskoczenie miało miejsce podczas wystawy, która pokazywała zdjęcia – nie do końca może takie oddające charakter tej postaci – ale myślę tutaj o Zdzisławie Beksińskim. Zdjęcia eksperymentalne, nietypowe, którymi Beksiński bawił się w latach 60., gdy wymyślił sobie taką właśnie drogę kariery. Obawiałem się nawet nieco, że same fotografie nie będą wystarczająco interesujące i zwróciłem się do Muzeum Historycznego w Sanoku z prośbą o wypożyczenie kilku płócien. Niestety tamtejsi muzealnicy byli krótko po incydencie zniszczenia jednego z obrazów (turystka niechcący rozerwała płótno klamrą od swojej torby) i odmówili. Pozostały więc zdjęcia i, o dziwo, ta wystawa okazała się wielkim sukcesem frekwencyjnym. Być może zadziałała magia znanego nazwiska, a może po prostu wszystko, czym zajmował się Beksiński, było fascynujące?
Czy jest coś, co z perspektywy czasu zrobiłby pan inaczej?
Proszę mi wierzyć, że naprawdę nie. Dyrektor ma taką trudną funkcję, która nie do końca pozwala mu być wizjonerem, gdyż na końcu wszystkich planów jest twardy real. Jest jakaś administracja. Są jakieś ograniczenia i niestety jest ich sporo. Jestem naprawdę dumny, że udało nam się zrealizować szereg warsztatów i zajęć dla mieszkańców w każdym wieku. Były dni kultury kresowej, współpraca z Art Piknikiem, spacery historyczne dla zainteresowanych i, dzięki panu Mateuszowi Zacharewiczowi, ferie dla dzieci. Jako dyrektor starałem się przede wszystkim nie przeszkadzać moim pracownikom w wykonywaniu obowiązków. Nie forsowałem swojej wizji, nie szukałem dziury w całym, nie podstawiałem nogi. Chciałem, żeby każdy mógł rozwijać swój potencjał, być kreatywny i czuć, że znajduje się w przyjaznym dla niego środowisku. Proszę mi również wierzyć, że kiedy maszerowałem do ratusza, to nie z myślą o własnej pensji, a o bardzo skromnym uposażeniu pracowników, którzy, choć są pasjonatami historii, muszą też z czegoś żyć.
Druga kadencja dobiegła końca i choć złożył pan swoją ofertę, to jednak tym razem Komisja Konkursowa wybrała kontrkandydata. Zastanawiał się pan dlaczego?
Kiedy nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że o… politykę. Nie będę tej kwestii roztrząsał publicznie, natomiast mogę zapewnić, że jako dyrektor dopełniłem wszystkich nałożonych na mnie obowiązków. Przez ostatnich kilka miesięcy muzeum przechodziło poważny audyt i z tego, co mi wiadomo, wypadł on pomyślnie. Zapewne niewiele osób zdaje też sobie sprawę, ile obowiązków administracyjno-sprawozdawczych ciąży na instytucjach kultury, a każdego roku tylko dochodzą nowe… W ogóle postrzegam Polskę jako kraj, gdzie panuje dyktat urzędniczy, gdzie ten urzędnik nie do końca rozumie, że to on jest dla ludzi, a nie na odwrót. A my – pracownicy muzeum – właśnie to rozumiemy i jesteśmy przekonani, że gdyby wszystkie instytucje działały tak jak my, to pacjent byłby najważniejszy w szpitalu, a uczeń w szkole. Łatwo odsunąć od siebie tematy niewygodne, udawać, że coś nas nie dotyczy. Muzeum Regionalne tak jednak nigdy nie postępowało. Najlepszy dowód – Pomnik Jana Samuela Kaulfussa w szczecineckim parku. Przez kilka dobrych lat I Liceum starało się go wyremontować i nawet pozyskało na ten cel odpowiednią kwotę od strony niemieckiej. Z powodów, o których strach mówić, gdyż są one śmieszne i zatrważające zarazem, nie byli jednak w stanie pokonać pewnych barier formalnych. I tym sposobem – by ratować cenny zabytek – muzeum zgodziło się przejąć tę funkcję na siebie. Znaleźliśmy fachowca, postaraliśmy się o dodatkowe fundusze z miasta i rozliczyliśmy projekt, a pomnik stoi do dziś i prezentuje się świetnie.
Czy pana doświadczenie dziennikarskie przydało się w pracy muzealnika?
Oczywiście. Dziennikarze to ludzie, którzy nie boją się innych ludzi i są ciekawi świata. To umiejętność nawiązywania kontaktów, zdobywania cennej wiedzy, docierania do sedna spraw. Muszę powiedzieć, że teraz, gdy odchodzę z funkcji, zgłasza się do mnie mnóstwo różnych organizacji, które dziękują za współpracę, okazują wsparcie. Ostatnio przysłano mi nawet bukiet kwiatów. Ludzie często nie są w stanie doczekać się słów docenienia przez całe życie. Słyszą je dopiero najbliżsi podczas pogrzebu, a bywa, że i wówczas nie. To jest w ogóle niesamowity bonus, bo czuję się tak, jakby nagle ludzie zrozumieli, że samo się nic nie dzieje, że musi być ktoś, kto bierze na siebie odpowiedzialność, ogarnia całą masę spraw, kto prosi, załatwia, mediuje, a gdy trzeba, wykłóca się w ich imieniu.
Co zostawia pan w murach tego muzeum – poza wystawami i projektami?
Myślę, że z rzeczy, które po mnie pozostaną, to przekonanie, że to jest lokalne muzeum regionalne i nie jest wcale żadna wada, tylko zaleta. Ja myślę, że tego nauczyli się już ludzie tam pracujący i mieszkańcy również. Ponadto zbiory. Gdy zaczynałem, muzeum posiadało nieco ponad 4100 muzealiów, czyli artefaktów należących do muzeum. Teraz, gdy odchodzę, tych muzealiów jest ponad 8000. W ciągu 10 lat, tak matematycznie licząc, liczba zbiorów się podwoiła. Ja podobnego wyniku życzę wszystkim, którzy będą w muzeum w przyszłości pracowali. Chciałbym bardzo w tym miejscu podziękować również wszystkim moim pracownikom, obecnym i byłym, bez których nic nie mogłoby się udać. Pani Annie Dębskiej, która poświęcała czas w weekendy, by śledzić i wygrywać dla nas aukcje, paniom Katarzynie Skawińskiej, Agnieszce Niewiadomskiej i Iwonie Kwiecień, które zawsze z wielką kulturą i oddaniem dbały o komfort zwiedzających, panu Arkadiuszowi Szczypkowi, którego niesamowita wiedza zawsze robiła na mnie wrażenie. Dziękuję także z całego serca osobom po tej „niewdzięcznej” stronie każdej instytucji, czyli księgowości i kadrom – gdyby nie pani Anna Klebuc oraz pani Laura Dolatowska, moja natura bałaganiarza zapewne wzięłaby górę, a wszyscy marnie byśmy skończyli. Dziękuję także panu Mateuszowi Zacharewiczowi za niesamowity kontakt, szczególnie z najmłodszymi odbiorcami, oraz wszystkim tym, z którymi przez te lata pracowałem – przede wszystkim Jadwidze Kowalczyk-Kontowskiej, która przez całe dekady jako kustosz była opoką szczecineckiego muzeum. Oczywiście podziękowania należą się także wszystkim, z którymi w tym okresie współdziałałem, oraz niezliczonej liczbie mieszkańców, którzy mnie w ostatnim okresie wspierali i dawali dowód temu, jak dobrze muzeum jest postrzegane.
Czy jest już pomysł na nowy rozdział zawodowy?
Nie mam absolutnie pojęcia, co będzie dalej, nie mam planu. I nie jest to z mojej strony kokieteria. Muszę zadbać o zdrowie i to będzie pierwsza sprawa do załatwienia, a reszta musi poczekać. Nie żyję w jakimś paraliżującym lęku przed przyszłością. Życie już nie raz mi pokazało, że potrafi zaskakiwać, zachowuję więc otwartą głowę. Nie jest również prawdą, że przechodzę na emeryturę – proszę państwa, ja tylko tak poważnie wyglądam!
Jaką jedną radę dałby pan swojemu następcy, gdyby miał pan wskazać tylko jedną?
Życzę mu, aby nie opuszczało go szczęście. Dlaczego? Bo czasami, jak składam życzenia, to mówię, że byli tacy, co byli bogaci, byli młodzi, byli piękni, ale płynęli Tytanikiem i nie załapali się na szalupę. Jeśli więc tej odrobiny szczęścia zabraknie, to cała reszta nie będzie mieć już znaczenia. Jednocześnie przestrzegam go, że na szczęście nie można liczyć, nie można go wkalkulować w żadne przedsięwzięcie! Trzeba ciężko i rzetelnie pracować, a szczęście musi nam po prostu towarzyszyć.
Rozmawiała Magdalena Michalska.