Damian Cembrowski, Radny Rady Miasta Szczecinek
W polskich miastach jest pewna inwestycyjna prawidłowość: im bardziej coś wygląda spektakularnie na wizualizacji, tym rzadziej ktoś pyta, kto i jak będzie to utrzymywał. Nowy gmach, nowoczesne centrum, szklana bryła z tarasem widokowym i kawiarnią na dachu – brzmi jak wizytówka rozwoju. Dopiero po przecięciu wstęgi przychodzi mniej fotogeniczne pytanie: kto zapłaci rachunki.
Samorządy od lat znajdują się w swoistej pułapce ambicji. Z jednej strony oczekuje się od nich nowoczesności, inwestycji i „doganiania Europy”. Z drugiej – mieszkańcy rzadko mają ochotę finansować te marzenia wyższymi podatkami czy nowymi opłatami. W rezultacie powstają projekty, które świetnie wyglądają na konferencji prasowej, lecz w budżecie miasta zaczynają żyć własnym, kosztownym życiem.
Problem polega na tym, że wiele miejskich inwestycji powstaje bez realistycznej refleksji nad ich przyszłym bilansem. Stadion, który miał zarabiać na wydarzeniach, świeci pustkami przez większość roku. Aquapark, który miał przyciągać turystów z całego regionu, okazuje się lokalnym basenem z bardzo drogim ogrzewaniem. Centrum kongresowe stoi gotowe, ale kongresów jakoś nie przybywa.
Oczywiście sama nierentowność nie jest jeszcze grzechem. Miasto to nie spółka giełdowa. Park, biblioteka czy szkoła również nie generują zysków, a nikt rozsądny nie oczekuje od nich dodatniego wyniku finansowego. Problem zaczyna się wtedy, gdy inwestycja jest sprzedawana jako przedsięwzięcie, które „będzie się samo utrzymywać”, choć w rzeczywistości od początku wiadomo, że rachunek ekonomiczny się nie zamknie.
Dlaczego więc takie projekty powstają? Cykl polityczny jest krótszy niż cykl ekonomiczny. Budowę widać od razu, koszty utrzymania rozciągają się na dekady. Burmistrz czy prezydent miasta przecina wstęgę dziś, a rachunki za energię i remonty będą płacone przez jego następców.
Do tego dochodzi jeszcze magia dotacji. Jeśli znaczną część inwestycji finansują środki zewnętrzne – krajowe czy europejskie – pokusa jest ogromna. Skoro „dają”, to trzeba budować. Problem w tym, że dotacja pokrywa najczęściej tylko powstanie obiektu, nie jego funkcjonowanie. A utrzymanie bywa znacznie droższe niż sama budowa.
Najbardziej paradoksalne jest to, że w wielu miastach brakuje pieniędzy na rzeczy priorytetowe: chodniki, żłobki, remonty szkół czy transport publiczny. Tymczasem w budżecie pojawia się kolejna duża inwestycja, która – choć efektowna – jeszcze bardziej ograniczy możliwości finansowe w przyszłości.
Miasto potrzebuje inwestycji. Potrzebuje także odwagi, by powiedzieć: nie wszystko, co można zbudować, warto budować. Prawdziwa nowoczesność samorządu nie polega na liczbie nowych budynków na panoramie miasta, lecz na zdolności do myślenia o tym, kto będzie za nie płacił za dziesięć czy dwadzieścia lat.
A tego niestety nie widać na wizualizacjach.
Damian Cembrowski, Radny Rady Miasta Szczecinek