Artykuły sponsorowane

Zamknij

Dodaj komentarz

Mniejsze miasta przejmują kontrolę nad rynkiem aut używanych

Artykuł sponsorowany 08:47, 20.04.2026 Aktualizacja: 08:48, 20.04.2026
Skomentuj Mniejsze miasta przejmują kontrolę nad rynkiem aut używanych fot. Pixabay

Zaczyna się od tego, że gość z osiedla na obrzeżach Szczecinka, imienia nie podam bo nie chce, odpalił aplikację w środę koło dwudziestej pierwszej i zamówił raport VIN dla kombi z niemiecką tablicą, rocznik dwudziesty, ogłoszenie leciało na OLX ze dwa dni i cena była niby rozsądna. Nie zadzwonił do sprzedawcy wcześniej, nie umówił się na oglądanie, nic, tylko wpisał numer z ogłoszenia i dostał pdf. Pdf pokazał, że auto miało w 2023 na niemieckim przeglądzie o dziewięćdziesiąt tysięcy kilometrów więcej niż w tym momencie na liczniku. Koniec tematu, żadnego telefonu, żadnego pojechania. Takich historii w okolicach Szczecinka, Bornego Sulinowa i Drawska jeszcze trzy, może cztery lata wstecz nie było prawie wcale, bo nikt w tych miasteczkach raportów nie zamawiał. Szczecinek ma trochę poniżej czterdziestu tysięcy ludzi, Borne Sulinowo ze cztery i pół, Drawsko coś koło dwunastu. Teraz akurat w tych powiatach, a nie w warszawskim czy krakowskim, rośnie najszybciej odsetek transakcji poprzedzonych sprawdzeniem historii pojazdu i to jest zmiana, której ja osobiście nie spodziewałem się w takiej skali.

Bariera spadła. To jest najważniejsze. Osiemdziesiąt złotych, aplikacja, pięć minut, baza łączy się z niemieckim KBA, z holenderskim RDW, z belgijskim DIV, daje ci historię transgraniczną na tacy. Kiedyś trzeba było mieć kumpla w warsztacie albo czytać fora motoryzacyjne, żeby wiedzieć, że trzeba sprawdzać. Teraz grupa facebookowa dla powiatu koszalińskiego wrzuca linki częściej niż przepisy na pierogi. Tak naprawdę to, co napędza trend w małych miastach, to nie jest żadna edukacja odgórna tylko siatka znajomych, kuzyn kuzyna, szwagier, mechanik z warsztatu przy wyjeździe z miasta. W stolicy tego nie ma, w stolicy człowiek polega na wyszukiwarce i płatnej reklamie, a tutaj ktoś ci zadzwoni i powie, żebyś nie pojechał na plac X, bo sąsiad dał się naciąć.

Dane z CEPiK za 2025 mówią o ponad 980000 aut sprowadzonych do Polski, i to jest liczba, o której się często pisze, ale rzadziej pisze się o tym, gdzie te auta fizycznie lądują. Nie lądują w śródmieściu Warszawy, tylko w Bornym Sulinowie, w Człuchowie, w Połczynie-Zdroju, w Świdwinie, w Drawsku, w tych wszystkich miasteczkach gdzie placyk jest tani, gdzie można postawić dwadzieścia aut na polu za miastem za grosze. Lokalny kupujący z tych okolic, jak się zastanowi, ma do wyboru prawie wyłącznie import, bo po krajowym rynku krąży za mało samochodów, żeby było z czego wybierać. Czyli automatycznie ogląda sprowadzone z Niemiec, Holandii, czasem Belgii, czasem Francji, i po iluś tam latach oglądania tego towaru zaczyna mieć przeczucie, że napis „bezwypadkowy z salonu" w polskim ogłoszeniu ma wartość mniej więcej zerową, jeżeli nikt nie pokaże dokumentu.

Paweł Kucharski, jedenaście lat na stacji SKP gdzieś pod Koszalinem, nazwa miejscowości nie jest istotna, zgodził się porozmawiać na początku marca. Mówił, że w 2021 roku raport widywał u klienta może raz na dwa tygodnie, a i to z reguły był wydruk z darmowego państwowego portalu, nie płatny. W marcu tego roku policzył przez tydzień, mi to podał jako ciekawostkę. Dwudziestu trzech klientów, raport miał mniej więcej co drugi. Niektórzy wydruk, niektórzy pdf na telefonie. „Przyjeżdżają, mówią, przebieg zgadza się albo nie zgadza, zanim w ogóle zajrzę pod maskę", tak to opisał i dodał jeszcze, że dla niego to wygodne bo wie od razu z jakim materiałem pracuje. W urzędzie gminy Szczecinek, gdzie rocznie rejestruje się może 4200 używanych aut, urzędniczka w okienku komunikacji nie znała dokładnej liczby rozbieżności przebiegu zgłaszanych w ostatnich latach, ale powiedziała, że „spadło wyraźnie". Zapytałem, jak wyraźnie. Wzruszyła ramionami. Ze dwa razy.

Cały ten spadek rozbieżności wychwytywanych na etapie rejestracji nie wynika z tego, że handlarze się nagle upodlili mniej. Wynika z tego, że kupujący coraz częściej odpada wcześniej, w rozmowie telefonicznej, na placu, czasem nawet przed wsiadaniem do samochodu, żeby pojechać. Analityk ds. weryfikacji VIN w carvertical.com/pl/sprawdzenie-vin, z którym rozmawiałem na branżowej konferencji, podał szacunek, że w Polsce sprawdza auto przed zakupem jakieś 52 procent kupujących, ale od razu zastrzegł, że liczba pochodzi z ankiety samoopisowej i trzeba ją traktować z pewną dozą skepsy. Realnie, według niego, jest to raczej 35 do 40 procent. W każdym razie dynamika jest ciekawsza niż poziom. SAMAR plus raporty PZPM z ostatnich dwunastu miesięcy pokazują wzrost liczby sprawdzeń pośród użytkowników z miast poniżej pięćdziesięciu tysięcy o jakieś 60 procent rok do roku. W dużych miastach wzrost jest w przedziale 15 do 20. Bazowo duże ośrodki miały więcej, bo tam siedziały firmy, dziennikarze motoryzacyjni, warsztaty importowe, więc informacja krążyła. Mała miejscowość tego nie miała. Teraz ma. Portal Historiapojazdu.gov.pl, państwowy, oparty na CEPiK, w pierwszym kwartale 2026 odnotował czterdziestoprocentowy wzrost zapytań z adresów IP przypisanych do mniejszych miejscowości. To darmowe narzędzie i pokazuje mniej niż komercyjne raporty, ale trend potwierdza dość wyraźnie.

fot. Pixabay

Historia, o której ludzie w regionie pamiętają, wydarzyła się w grudniu 2024. Kobieta z okolic Białogardu, jechała obejrzeć SUV-a wystawionego za 58 tysięcy na placu pod Poznaniem, auto ładne, papiery niby w porządku, sprzedawca nawet fakturę z niemieckiego dealera pokazał. Rano tego dnia zadzwonił do niej szwagier, który pracuje w jakimś warsztacie, i kazał sprawdzić. Zamówiła w aucie, w aplikacji, na parkingu przy stacji benzynowej. Raport pokazał przegląd TÜV z 2023, 218000 kilometrów. Na liczniku w aucie, które właśnie oglądała, było 142000. Sprzedawca twierdził, że baza się pomyliła, że to pewnie inny samochód. Kobieta wyszła. Trzy tygodnie później sąsiad z tej samej wsi, nieświadomy niczego, kupił inne auto u tego samego handlarza. Też cofka. Ona straciła 80 złotych za raport. On, szacunkowo, 15000 na remontach i spadku wartości. Potem się okazało, że u tego handlarza tak wyglądała co druga oferta. Informacja o placu rozeszła się po powiecie szybciej niż jakakolwiek kampania ministerialna mogłaby się rozejść, bo ludzie w małych miejscowościach się znają z kościoła, z remizy, z podstawówki dzieci, plotka leci.

Prokuratura Rejonowa w Koszalinie, z rzecznikiem którym rozmawiałem telefonicznie w lutym, prowadzi obecnie kilka postępowań dotyczących handlarzy z północnej części zachodniopomorskiego. Skala nie jest warszawska, nie mamy tu grup przestępczych z obrotami idącymi w dziesiątki milionów, ale struktura spraw jest ciekawa. Świadkowie to w ogromnej większości kupujący, którzy sami zamówili raport, sami zauważyli rozbieżność, sami poszli na policję, nie czekali na ubezpieczyciela, na SKP, na urząd celny. Jeden z inspektorów Inspekcji Transportu Drogowego z tego regionu podsumował rzecz tak, cytuję: „Przestali być ofiarami, które się dowiadują po fakcie, a zaczęli być świadkami, którzy wiedzą, zanim kupią". Z punktu widzenia prokuratora różnica jest fundamentalna. Materiał dowodowy, który kiedyś trzeba było zbierać miesiącami, teraz dostaje się na starcie.

Dealerzy w mniejszych miastach, co dla mnie osobiście było zaskakujące, dostosowali się szybciej od stołecznych. Kierownik placu w powiecie szczecineckim, sprzedającego trzydzieści parę aut miesięcznie, opowiadał mi miesiąc temu, że od ponad roku zamawia raport dla każdego importowanego samochodu, koszt wlicza w cenę, pokazuje klientowi od razu bez proszenia. Klient nie protestuje, traktuje to jako argument przemawiający za kupnem. Plac bez raportu pod ręką wygląda teraz jakoś dziwnie. To odwrócenie pozycji, bo wcześniej kupujący musiał sobie wywalczać informację. Nie wszyscy handlarze na to poszli. W ogłoszeniach z regionu nadal widzę kilkunastu, którzy piszą „bezwypadkowy" bez żadnego dokumentu i liczą, że ktoś się nabierze. Ktoś się nabiera. Coraz rzadziej.

Warszawa, Kraków, Poznań dalej mają większy wolumen transakcji, większy rynek rzeczoznawców, większe budżety reklamowe platform sprawdzeniowych. W procencie transakcji poprzedzonych raportem dystans jednak maleje, i maleje szybciej niż ktokolwiek z branży trzy lata temu by przewidział. Lokalna gazeta w Drawsku wrzuciła niedawno tekst o kobiecie z Juchowa, która wycofała się z zakupu auta za 42000 po raporcie pokazującym powypadkową historię z holenderskiej bazy. Materiał dostał 380 udostępnień w grupie powiatowej na Facebooku. W stolicy 380 udostępnień nic nie znaczy, tu oznacza, że temat faktycznie żyje. Sprawa handlarza z tamtej grudniowej historii, tego spod Poznania, toczy się dalej. Czy wyrok zapadnie w tym roku, nie wiadomo.

(Artykuł sponsorowany)
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu iszczecinek.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%